Fotowoltaika – obalamy mity

Wraz z pojawieniem się dopłat do instalacji fotowoltaicznych (Mój Prąd, Ulga termomodernizacyjna, dofinansowania lokalne), coraz więcej osób interesuje się pozyskiwaniem prądu ze słońca. I bardzo dobrze, to ekologiczny kierunek, który pozwala nam w pewnej części na zmniejszenie zużycia węgla w elektrowniach.

Niestety wokół fotowoltaiki narosło wiele szkodliwych mitów. Ktoś coś słyszał, znajomi mówili, tak mi się wydaje 🙂 Przed podjęciem decyzji o montażu paneli fotowoltaicznych, warto przeanalizować wszystkie ZA i PRZECIW, nie wierząc „obiegowym prawdom”, które udało mi się znaleźć na różnych grupach i forach, a z którymi podyskutuję.

„Fotowoltanika”

BŁĄD Nie mogę nie wspomnieć o tym często popełnianym błędzie. Pozyskiwanie energii elektrycznej ze słońca to fotowoltaika, bez litery 'n' w środku. Nie wiem skąd się ona tam wzięła u niektórych osób, ale często to obserwuję. Nie popełniajcie tego błędu i mówcie/piszcie zawsze fotowoltanika fotowoltaika.

Panele fotowoltaiczne
Fot. Jaydee!

Fotowoltaika zapewni mi niezależność od elektrowni

PRAWDA (ale nie jest to zbyt opłacalne) – teoretycznie możliwe jest całkowite odcięcie się od zewnętrznego dostawcy prądu. Jednak aby tak zrobić, oprócz instalacji fotowoltaicznej, potrzebny będzie nam także bank energii w postaci akumulatorów. Niestety, magazynowanie prądu w bateriach jest na tę chwilę bardzo drogie. Przykładowo akumulator LG Chem o pojemności 9,3 kWh, który np. przy zużyciu 1,5 kW będzie zasilać nasz dom raptem przez 6 godzin, kosztuje 25 tysięcy złotych.

Montaż takiego akumulatora mógłby wystarczyć do zasilania domu w lato, gdy panele słoneczne są w stanie wyprodukować dużo energii, która pokryje bieżące zużycie w dzień i jednocześnie naładuje akumulator z którego energię będziemy pobierać po zmroku. Niestety, zimą produkcja prądu ze słońca jest dużo mniejsza (o tym w kolejnych akapitach) i musielibyśmy zamontować ogromną instalację, tak aby naładować akumulator.

Korzystanie z akumulatora może być ciekawą opcją w niektórych przypadkach, np. w domku letniskowym na działce bez prądu lub gdy potrzebujemy zabezpieczyć się przed awarią prądu i nie chcemy kupować głośnego agregatu prądotwórczego. Lecz na ten moment będzie to opcja stosunkowo kosztowna.

Fotowoltaika zapewni mi prąd w przypadku awarii w elektrowni

FAŁSZ (z ziarnkiem prawdy) – gdy z sieci nie dociera do domu prąd, ponieważ gdzieś wystąpiła awaria lub planowe wyłączenie, falownik (czyli urządzenie, które przetwarza prąd stały z paneli na prąd zmienny, z którego korzystamy w gniazdkach) automatycznie się wyłącza. Chodzi o to, aby nie dopuścić do sytuacji, że będziemy wysyłać do sieci prąd w momencie, gdy nikt się go tam nie spodziewa. Wyobraźcie sobie serwisanta, który jest przekonany, że w przewodach nie płynie prąd, a tu nagle pojawi się napięcie z waszej instalacji fotowoltaicznej.

Ziarno prawdy wiąże się z poprzednim akapitem. Aby przeżyć pewien czas bez prądu, można użyć akumulatorów ładowanych prądem z fotowoltaiki. Z takich akumulatorów można skorzystać także i bez fotowoltaiki, ale to jeszcze mniej opłacalne niż z nią.

Fotowoltaika nie opłaca się przy niskich rachunkach za prąd

FAŁSZ – I tu padają różne kwoty poniżej których montaż fotowoltaiki się nie opłaca: 100 zł, 200 zł, 400(!) zł. Zasadniczo wygląda to tak, że im większa instalacja, tym taniej wychodzi w przeliczeniu na jeden kWp (instalacja o mocy jednego kilowatopika wyprodukuje w Polsce w ciągu roku około 1000 kilowatogodzin prądu). Z czego to wynika? Falownik (inwerter) o mocy 5 kWp nie będzie dwa razy tańszy od falownika o mocy 10 kWp. Do tego dochodzi koszt przewodów i zabezpieczeń, które będą kosztowały podobnie. Do tego praca elektryka, który położy przewody i zamontuje falownik oraz zabezpieczenia – w każdym przypadku wykona podobną pracę, za którą weźmie podobne pieniądze. Ekipa montująca panele oczywiście weźmie więcej za montaż trzydziestu paneli niż piętnastu, ale nie będzie to dwa razy większa kwota.

Stąd im mniejsza instalacja, tym proporcjonalnie wychodzi drożej. I będzie się zwracać trochę dłużej niż większa instalacja. Ale czy jest jakiś próg, poniżej którego nie opłaca się montować fotowoltaiki? To zależy jak szybko chcemy uzyskać zwrot, ponieważ KAŻDA instalacja prędzej czy później się zwróci. Aby to przyspieszyć warto skorzystać z dofinansowań i dotacji.

Przykładowo – mała instalacja o mocy 2 kWp pokryje zapotrzebowanie gospodarstwa domowego zużywającego rocznie około 1600 kilowatogodzin prądu. „Zniknięcie” 400 kWh wynika z prowizji 20% pobieranej przez zakład energetyczny za oddanie prądu do sieci i późniejsze jego odebranie, a zakładam tu najmniej optymistyczny wariant, czyli że nie zużywamy prądu na bieżąco, o czym napiszę w kolejnych akapitach. Zakładając cenę kilowatogodziny na poziomie 0,63 zł brutto, wychodzą nam 84 złote miesięcznie plus opłaty stałe 15 złotych miesięcznie, czyli razem w zaokrągleniu 100 złotych. To jak na dom jednorodzinny bardzo małe zużycie, ale jak najbardziej możliwe w wielu przypadkach.

Montaż instalacji o mocy 2 kWp może kosztować różnie, w zależności o typu dachu i dachówki oraz od jakości komponentów. Ale przyjmijmy, że będzie trzeba wydać 11 tysięcy złotych na taką instalację na porządnych komponentach. Zakładając, że koszt zużywanego prąd spadnie do zera, zostaną jedynie opłaty stałe w kwocie 180 złotych rocznie, instalacja bez żadnej dotacji (i bez uwzględniania rosnącej ceny prądu) zwróci się po 11 latach. Dość długo, ale jeszcze akceptowalnie.

Natomiast obecnie istnieje cały pakiet dofinansowań i myślę, że będzie jeszcze długo dostępny, ze względu na naciski Unii Europejskiej. Mój Prąd dawał 5000 złotych dofinansowania (i ma wrócić w połowie 2021), a dodatkowo instalację można odpisać od podatku (ulga termomodernizacyjna). W takim przypadku: 11.000 zł – 5000 zł = 6.000 zł i od tego odliczamy podatek (przyjmę 17%) czyli wyjdzie 4980 zł. I teraz taka instalacja zwróci się nam po 5 latach. Brzmi dobrze? 🙂

To właśnie przy dofinansowaniach małe instalacje wypadają często jeszcze lepiej niż duże. 5000 zł z Mojego Prądu dostaniemy niezależnie czy instalacja ma 2 kWp czy 10 kWp. Tak więc procentowo znacznie zmniejszy to nam koszt instalacji właśnie w przypadku małej elektrowni na dachu.

Fotowoltaika wymaga kosztownego serwisu i czyszczenia

FAŁSZ – W instalacji fotowoltaicznej nie ma za bardzo co serwisować. Nie ma tu ruchomych elementów, nie trzeba nic smarować ani regularnie wymieniać. Mówi się o czyszczeniu paneli oraz odśnieżaniu zimą. To pierwsze nie jest aż tak wymagane, wystarczy obserwować regularnie produkcję prądu, by ewentualnie zareagować przy wyraźniejszych spadkach (utrzymujących się przez dłuższy czas). W miejscach mniej zapylonych deszcz sam zmyje kurz z paneli. Jeżeli chodzi o śnieg zimą, to też nie stanowi to większego problemu, o czym napiszę dwa akapity niżej.

Fotowoltaika jest awaryjna

FAŁSZ – „Panele wymienia się co 10 lat” – takie zdanie przeczytałem gdzieś w internecie. Nie jest to prawda. Panele co prawda z czasem powoli tracą swoją wydajność (choć markowi producenci gwarantują, że po upływie 25 lat panele zachowają 80-90% swojej sprawności), ale dobrzy producenci dają na swój wyrób od 10 do nawet 30 lat gwarancji. I wiele instalacji pracuje na dachach dużo dłużej niż te 10 lat i mają się dobrze.

Większe ryzyko awarii występuje w przypadku falownika, dlatego tu warto szukać produktów z gwarancją przynajmniej 10-letnią. Ale to nie jest reguła, że falownik popsuje się po tym czasie.

Fotowoltaika nie działa zimą

Fotowoltaika śnieg
Fot. Peter Blanchard

FAŁSZ (z ziarenkiem prawdy) – prawdą jest, że w miesiącach zimowych produkcja prądu z fotowoltaiki jest dużo mniejsza niż latem. Instalacja w miesiącach listopad-luty (czyli przez cztery miesiące) wyprodukuje łącznie tyle prądu, co w ciągu samego czerwca. Wynika to z krótszych dni, niżej znajdującego się słońca oraz większej liczby pochmurnych dni.

Do tego dochodzi śnieg, który przysypując panele potrafi wyhamować ją do zera. Czy warto się tym przejmować? Zwykle nie, ponieważ gdy wyjdzie słońce, śnieg pod wpływem temperatury sam zsunie się z paneli. Poza tym strata i tak będzie niewielka.

Tak więc także i zimą prąd jest produkowany, niemniej jest go sporo mniej niż latem.

Prąd z fotowoltaiki muszę od razu zużyć, inaczej przepadnie

FAŁSZ – takiego kwiatka też znalazłem w internecie. Ustawa o OZE zobowiązuje operatorów energetycznych do przyjmowania od nas nadprodukcji prądu. Dlatego po założeniu instalacji fotowoltaicznej wymienia się licznik prądu na dwukierunkowy (robi to bezpłatnie zakład energetyczny).

Jedyny „haczyk” to prowizja pobierana przez elektrownię za magazynowanie naszej energii (ona oczywiście nie jest nigdzie magazynowana w sposób fizyczny, to jedynie przenośnia). Z sieci możemy odebrać 80% tego co do niej oddaliśmy (przy instalacji o mocy do 10 kWp) lub 70% (przy instalacji powyżej 10 kWp). To nieduży koszt w porównaniu z ceną banków energii oraz faktu, że i tak ciężko byłoby zapewnić sobie 100% prądu z fotowoltaiki zimą.

W Polsce jest za mało słońca, żeby fotowoltaika się opłacała

FAŁSZ – to absolutna nieprawda. Z wszelkich wyliczeń wynika, że instalacja zwróci się w przeciągu kilku lat, a bez dofinansowań w maksymalnie dziesięć. Nasłonecznienie mamy takie samo jak Niemcy, a oni są liderem w Europie pod względem mocy instalacji fotowoltaicznych w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Instalacja fotowoltaiczna się nie zwróci

FAŁSZ (z ziarnkiem prawdy) – fotowoltaika może się nie zwrócić lub będzie trwało to drakońsko długo w dwóch przypadkach – jeżeli zamontujemy dużo za dużą instalację w stosunku do naszego zużycia prądu. Na przykład zużywając 5000 kWh rocznie zamontujemy instalację 10 kWp „na zapas”. Wtedy czas zwrotu wydłuży się prawie dwukrotnie.

Drugi przypadek to montaż najtańszych podzespołów z krótką gwarancją, przez niewykwalifikowaną ekipę „z przypadku”. W takiej sytuacji zwiększa się ryzyko przedwczesnej awarii sprzętu.

W innych przypadkach, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecne dofinansowania – instalacja fotowoltaiczna po prostu się zwróci, a potem zacznie realnie oszczędzać.

Z fotowoltaiką miały być niskie rachunki, a są wysokie!

To akurat nie jest mit, tylko pojedyncze głosy z internetu. Problem wysokich rachunków za prąd (a przecież miało być darmo) może pojawić się wtedy, gdy zamontujemy instalację jesienią. Fotowoltaika nie zdąży wyprodukować dostatecznej ilości energii (patrz kilka akapitów wyżej o działaniu PV zimą), stąd może pojawić się potrzeba „dobierania” energii z elektrowni. Nie jest to błąd czy wada fotowoltaiki, po prostu osoby zgłaszające ten problem nie zostały odpowiednio poinformowane przez monterów instalacji. Wystarczy cierpliwie poczekać do wiosny kolejnego roku, gdy produkcja prądu ruszy pełną parą i zdąży wyprodukować jego zapas na kolejną zimę.

Drugi przypadek to błędy w działaniu licznika prądu. Warto sprawdzać jego wskazania i szacować zużycie prądu (pamiętając o autokonsumpcji czyli prądzie, który zużyliśmy prosto z paneli fotowoltaicznych), porównując z tym, które mieliśmy w poprzednich latach bez fotowoltaiki. Drastyczne zmiany zużycia (w przypadku gdy nie dołożyliśmy żadnych nowych urządzeń elektrycznych) mogą być podstawą do większego śledztwa i ew. reklamacji licznika. Nie dzieje się to często, niemniej warto mieć to na uwadze.

Rachunki za prąd z fotowoltaiką spadają do zera

Panele fotowoltaiczne na płaskim dachu
Fot. Marshalltown Public Library

PRAWIE PRAWDA – sprzedawcy instalacji fotowoltaicznych wabią klientów chwytliwymi hasłami o darmowym prądzie. Pominąwszy fakt, że najpierw musimy zapłacić za tę instalację (a ona musi się nam zwrócić, aby mówić o prawdziwie darmowym prądzie), to dochodzą jeszcze opłaty stałe. Ale okej, opłaty stałe de facto nie dotyczą samego zużycia prądu (płacimy je niezależnie od zużycia), więc można przyznać, że same kilowatogodziny prądu są „za darmo”.

Cóż, darmowy prąd to zręczna gra słów sprzedawców, która gdy instalacja się zwróci – będzie całkowicie prawdziwa.

Fotowoltaika spowoduje pożar dachu

FAŁSZ (z ziarnkiem prawdy) – w Polsce mamy ponad 300 tysięcy mikroinstalacji fotowoltaicznych. Jakoś nie słychać o ich masowych pożarach. Zdarzają się, ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Skąd się biorą? W dużej mierze z niefachowego montażu – użycia niewłaściwych komponentów, niechlujnego podłączenia czy złego projektu (lub robienia w ogóle bez projektu „na oko”).

Straszenie pożarami instalacji fotowoltaicznych przypomina mi straszeniem wybuchem pieca gazowego. „Tyle się przecież słyszy o wybuchach gazu”. Tylko nikt nie patrzy na to, że większość wybuchów bierze się ze złego obchodzenia się z butlą gazową 11 kg (np. sprawdzanie szczelności zapaloną zapałką), a nie gazem z sieci czy przydomowej butli zasilającej piec.

Utylizacja paneli fotowoltaicznych jest trudna i droga

FAŁSZ – panele fotowoltaiczne w głównej mierze składają się z krzemu, szkła i aluminium. Da się je bez problemu wykorzystać ponownie, nie jest tak, jak wieszczą niektórzy, że panele to współczesny azbest, z którym nie da się nic zrobić. Gdy przyjdzie czas na ich utylizację, zrobimy to bez problemu i nie będzie to bardzo kosztowne. W tym momencie jest już w Polsce firma, która się tym zajmuje, koszt recyklingu to ok. 1,5 zł za kilogram. Jeden panel waży ok. 20 kilogramów, mając ich na dachu np. 15, obecnie zapłacilibyśmy 450 złotych za ich utylizację.

 

Znacie jeszcze jakieś mity dotyczące fotowoltaiki? Piszcie śmiało w komentarzu. Zapraszam także do lektury wpisu: Mity o rekuperacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.